Na wstępie chciałam przeprosić, ze nie było wpisów, o blogu nie zapomniałam, zaglądałam tu cały czas, aczkolwiek nie miałam, ani czasu, ani głowy do tego, by cokolwiek tu napisać.
Moje dotychczasowe życie miało ulec ogromnej zmianie, ale na szczęście rozmyśliłam się, tak szybko jak się namyśliłam.
Dzisiejszy wpis chciałam poświęcić czemuś co tak naprawdę siedzi mi w głowie już od długiego czasu i nie pozwala normalnie myśleć, a dzisiejsza rozmowa z pewną osobą zmotywowała mnie do napisania tego wpisu. Mianowicie, czy w dzisiejszym świecie istnieje jeszcze coś takiego jak ludzka wrażliwość? Ale wrażliwość odnośnie krzywdy-krzywdy zwierząt? Często spotyka się ludzi ignorujących chore, porzucone zwierzęta. Ludzie, którzy obojętnie przechodzą obok chociażby psów, czy kotów na wyczerpaniu.
Miałam dziś przyjemność porozmawiać z niezwykłą kobietą, kobietą, dla której najważniejsze jest dobro zwierząt, kobieta, która trzy lata temu kupiła od handlarza, zapomnianego przez niego kuca, kobieta która przygarnęła psa wyrzuconego z samochodu do lasu. Rozmawiając z ową Panią odzyskałam wiarę w ludzi, wierzę w to, że są jeszcze pojedyncze osoby, które nie są egoistami, patrzącymi tylko na swój czubek nosa. Pani, której należy się szacunek, trzy lata temu kupiła od handlarza z mojej okolicy kuca-kuca, o którym zapomniał właściciel. Trzy lata temu wychudzony, odwodniony i zarobaczony kuc, z przerośniętymi kopytami i wystającymi żebrami został odkupiony przez tą niezwykłą kobietę - tylko po to by nie padł, w tej małej, bez światła stajence.
Cały sens tego wpisu polega na tym, by pokazać Wam i nie tylko, że zwierzęta nie są zabawką, że są to czujące istoty, które cierpią tak jak my. Obudźmy w sobie wrażliwość, zobaczmy ile zwierząt czeka na ratunek, a my przechodzimy obojętnie. NIE kupujmy swoim dzieciom zwierzaków, tylko dlatego, że sobie zachcieli. Jakiekolwiek zwierzę to ogromy obowiązek. Nie wyrzucaj zwierząt do lasów, nie przywiązuj ich do drzew, nie zostawiaj na poboczu psa, który jest na wyczerpaniu, pomóż mu, zawieź go do schroniska, jeśli nie masz warunków. Ne bądź obojętny na cierpienie innych istot, pomagaj, a karma wróci. NIE dla ludzi obojętnych na krzywdę, pomagajmy! "Porzucone psy odczuwają taki sam ból jak dzieci"
Cześć i witam na moim blogu. Pewnie interesuje cię o czym on jest? Sama nie wiem, w szczególności o mnie, o jeździectwie, ale wpisy odbiegające od świata jeździeckiego na pewno będą się pojawiać!
środa, 5 kwietnia 2017
poniedziałek, 13 marca 2017
Jak zaczęło się moje jeździectwo?
Pod moim pierwszym wpisem, było duże zainteresowanie moją przygodą jeździecką. Dlatego dziś postanowiłam, że streszczę siedem lat swojego jeździectwa, choć będzie to nie małe wyzwanie.
Nie jestem w stanie stwierdzić kiedy to się wszystko zaczęło, sama nie wiem. Od zawsze ciągnęło mnie do tych zwierząt, zresztą nie tylko do tych, od zawsze byłam wielką miłośniczką zwierząt, ale tylko tych gospodarskich. Uwielbiałam krowy, kury, świnie, oczywiście konie, no i każde inne zwierzę. Być może to dlatego, że jestem z gospodarstwa, no w sumie to byłam z gospodarstwa, bo obecnie mamy już tylko konie. Swego czasu, czyli w sumie przez całe moje dotychczasowe życie mieliśmy gospodarstwo. Krowy, kury, świnie, konie- to były zwierzęta, z którymi obcowałam na co dzień, uwielbiałam to. Pewnie zdążyliście się domyśleć, że skoro miałam konie, to też na nich jeździłam. Nie wiem, kiedy pierwszy raz siedziałam na koniu. Mogłam mieć dwa, może trzy latka-pojęcia nie mam. Przyjęłam, że jeżdżę siedem lat, choć może to być już znacznie dłużej. No, ale przechodząc do sedna. To, że od zawsze jeżdżę nie czyni mnie zawodowcem, wręcz przeciwnie. Nie jedna osoba jeżdżąca tyle lat, obecnie startuje w zawodach, osiąga sukcesy. Natomiast ze mną jest zupełnie inaczej. Skoro miałam swoje konie, to nie jeździłam w szkółce, jeździłam sama, często pod okiem tylko mojego taty. Ile sama może nauczyć się mała 5/6-letnia dziewczynka? No właśnie, nic.
Nie miałam dostępu do internetu, nigdy w szkółce nie byłam, nie miałam pojęcia jak jeździć. Gdy byłam dzieckiem u mojego boku był koń zimnokrwisty-Kasztanka, to na niej stawiałam pierwsze kroki na końskim grzbiecie. Teraz pamiętam ją przez mgłę, no i trochę ze zdjęć. Jest parę momentów z naszych wspólnych chwil, które utknęły mi w pamięci, które zapamiętam tak długo, jak tylko będę mogła. Był to koń, który wprowadził mnie w świat jeździectwa. Nasza przygoda zakończyła się gdy miałam, bodajże około 6/7 lat. Pamiętam jak dziś, dzień jej sprzedaży, nadal wspominam go jako najgorszy dzień w moim życiu. Płakałam, byłam zła na rodziców, gdy po powrocie z przedszkola jej nie było, miałam ochotę wszytko rzucić, mimo młodego wieku, cierpiałam. Kochałam ją, uwielbiałam, nie chciałam, by nasza przygoda kiedykolwiek się skończyła. Wtedy zostałam odcięta od końskiego świata. Od tej pory na widok każdego konia, każdego kucyka, dostawałam "białej gorączki". Przez około rok do półtorej roku, nie mieliśmy żadnego konia. Przez ten czas prosiłam rodziców, błagałam, by kupili konia. Na nic były moje błagania. W 2011 (??) tato niespodziewanie wziął w "dzierżawę" konia. Był to kasztanowy, zimnokrwisty, zaniedbany koń. Ja? Ja, byłam przeszczęśliwa. Pielęgnowałam, karmiłam tego konia, jakby był mój. Jeździłam na nim sporadycznie, tata nie miał czasu, a sama nie byłam w stanie. Parę razy jeździłam na niej sama, ale pod okiem taty, no bo jakby inaczej. To był potężny, nie za dobrze zajeżdżony koń, a ja byłam drobną dziewięcioletnią dziewczynką. Nasza przygoda zakończyła się po roku, chyba. Właściciel zabrał nam ją, a w kolejną dzierżawę dał kolejnego konia. Tym razem, młodą i piękną dwuletnią klacz. Z nią za dużo nie zdziałałam. Koń był bardzo nie ufny, bał się wszystkiego i wszystkich. Nie jeździłam na niej ja, ani nikt inny. Ona odjechała od nas po chyba pół roku, ale nie jestem pewna. Znów zostałam odcięta od końskiego świata. Znów, ta sama sytuacja. Każdy koń, każdy kucyk, był dla mnie jak tlen, którego potrzebowałam, ale nie miałam. Znów błagania, proszenia o konia, tym razem się udało, tylko, że całkiem przypadkiem i całkiem niespodziewanie. 14 grudnia 2013 roku, z informacji pobocznych tata dowiedział się, że handlarz z okolicy, a właściwie nawet jego kolega, ma na sprzedaż karego kucyka. Osobiście do tamtej pory widziałam tego kuca chyba trzy czy cztery razy, z czego dwa razy na nim jeździłam. Tata długo się nie zastanawiając zadzwonił do tego faceta, z pytaniem ile z niego chce. Z racji, że cena mu odpowiadała, długo się nie zastanawiając, powiedział, ze ma go przywieźć. No i tu chyba z wrażenia urwała mi się taśma, ponieważ nic dalej nie pamiętam, nie pamiętam jak przyjechała, a ni nic co wydarzyło się tego dnia. Tak oto zaczęła się moja przygoda z dzikim kucykiem-Akirą. Na samym początku była tak zwaną kosiarką, nie jeździłam na niej, ponieważ mój tata się bał, heh nawet nie wiem dlaczego się bał, no ale cóż. Po jakimś czasie zaczęłam na niej jeździć, pod okiem taty, ale zaczęłam. Po paru miesiącach poznałam trzy dziewczyny, które poprzednio opiekowały się Aki. One pomogły mi z Aki, pomogły mi przekonać mojego tatę, że mogę jeździć sama. Tak to się zaczęło jeździłam, później skakałam. Tak, jeździłam i skakałam nie umiejąc prawie nic, w tamtym momencie. W końcu Aki się zbuntowała. Przestało podobać się jej to, że jeżdżę na niej jak pokraka, że obijam jej kręgosłup. Wtedy właśnie pokazała jaka jest naprawdę, pokazała swoją ciemną stronę. Zaczęła się na mnie wspinać, gryźć mnie, kopać. Byłam przerażona. Odpuściłam. Na około cztery miesiące dałam spokój, nie robiła nic. Ale ja przez te cztery miesiące robiłam wszystko, by po powróceniu do pracy nie bać się jej, by poradzić sobie z jej humorkami. Przez cztery miesiące czytałam, kontaktowałam się z osobami, bardziej doświadczonymi ode mnie. Chyba się udało. Bodajże latem 2015, wróciliśmy do gry. Zaczęliśmy ostro pracować z ziemi. Lonże, prace na okręgu, ustępowania, join-up, spacery w ręku, odczulania, pomogły. Kucyk zrozumiał, że ja jestem wyżej w hierarchii. Chyba na początku 2016 zaczęłam wsiadać. Zaczęłam uczyć ją skręcania od łydki, zmieniania tempa od łydki, w ogóle reakcji na łydki. Oczywiście w między czasie zaczęłam jeździć w stajni, gdzie nauczyłam jeździć się od podstaw. Po wielu trudach i dzięki regularnej pracy, Akira w wakacje 2016 zaczęła wzorowo chodzić pod siodłem. We wakacje jeździły na niej najmniejsze dzieci, a ona zachowywała się jak aniołek. Obecnie kluska hopsa do metra, chodzi po siodłem, prawie jak szkółkowy koń, a ja cieszę się, że mimo wszytko moja jeździecka przygoda się tak potoczyła. No ale to jeszcze nie koniec. W październiku zaczęłam jeździć w stajni OKSER, niedaleko mnie. Tam zrobiłam ogromy postęp, zaczęłam skakać. Mało tego przywiązałam się do tej stajni, czuję się tam swojo, jest super.
Zapomniałam o wielu rzeczach. Pominęłam ciążę Akiry, pominęłam to, że zaczęłam pomagać w sąsiedniej stajni, gdzie też się dużo nauczyłam, pominęłam kupno Hiloby. Jakby tego było mało najprawdopodobniej pomyliłam kompletnie roki, mój wiek, kiedy mieliśmy te ziemniaczki,kiedy skończyłam i zaczęłam jeździć znów na Aki. W każdym bądź razie cały sens został :)).
czwartek, 9 marca 2017
Pierwszy wpis? Zawsze najtrudniejszy.
Cześć!
Z tego co nieraz słyszałam, zawsze pierwszy wpis na blogu jest najgorszy, chyba serio tak jest, bo nie mam pojęcia od czego zacząć. Nie lubię pisać o sobie, więc napiszę w skrócie, tylko to co najistotniejsze. Więc tak, mam na imię Ewelina, mam 15 lat, jak się domyślacie, jeżdżę konno.
Dziki kuc-buc Akira.
Z tego co nieraz słyszałam, zawsze pierwszy wpis na blogu jest najgorszy, chyba serio tak jest, bo nie mam pojęcia od czego zacząć. Nie lubię pisać o sobie, więc napiszę w skrócie, tylko to co najistotniejsze. Więc tak, mam na imię Ewelina, mam 15 lat, jak się domyślacie, jeżdżę konno.
Po za tym, mam parę cech, które mnie opisują, no i które mnie denerwują. Jestem wkurzająca, cierpliwa, wrażliwa, niepewna siebie. W całym moim życiu cecha, która najbardziej mi przeszkadza to moja pewność siebie, której kompletnie nie mam. Najmniejsze występy publiczne sprawiają mi mega problem, nigdy nie jestem pewna swojego zdania, choć wiem, że tak naprawdę jest, że mam rację. Nie znoszę być w centrum uwagi, o tak, to chyba najgorsza rzecz jaka może być. Jestem również troskliwa i mega ciekawska, no i bezpośrednia. Akurat moją bezpośredniość lubię w sobie, dlaczego? Dzięki temu, że nie boję się powiedzieć nikomu co o nim sądzę, czuję się w pewnym sensie lepiej, zresztą z tego co wiem to moim znajomym, akurat ta cecha odpowiada :') Dobra wystarczy.
Od końskiej strony wygląda to tak;
Końmi interesuję się od małego dziecka, od zawsze coś mnie do nich ciągnęło i chyba mi tak zostało. Konno jeżdżę w sumie od siedmiu lat, natomiast tak na serio, od bodajże dwóch czy trzech lat. Co do mojego jeździectwa, to mam trzy swoje konie, o których dowiecie się więcej pewnie w kolejnych wpisach, oczywiście po za swoimi końmi, jeżdżę w szkółce - a właściwie nawet w dwóch. Jedną z nich jest "Stajnia OKSER", którą uwielbiam i nie wyobrażam sobie teraz tam nie jeździć. Natomiast drugą stajnią, w której jeżdżę jest "Stajnia Mortęgi". No dobra, jeszcze parę słów na temat moich koni. Jak wspomniałam mam trzy konie. Jedną z nich jest półtora roczna klacz zimnokrwista - Hiloba. Koń, który uwielbia pieszczoty, lubi być w centrum uwagi, generalnie uwielbia ludzi. Na ogół kobyłka ogarnięta i kumata. Chodzi w ręku, trochę na lonży. Kolejnym koniem jest Akira (właściwie w paszporcie ma Doda, ale ciii), jest to prawie dziesięcioletni kucyk rasy NN. Jest to mieszanka wybuchowa jakiś dwóch ras. Kuc uwielbia dzieci, ale ludzi nie znosi. Lubi kopnąć, bryknąć, ugryźć, generalnie lepiej się nie zbliżaj jeśli masz więcej niż osiem lat, no chyba, że jesteś wyrośnięty to nie zbliżaj się jeśli masz więcej niż pięć lat. Dlaczego? Jak wspomniałam uwielbia dzieci i od prawie czterech lat, jak jest u mnie, nigdy nie zrobiła krzywdy dziecku. Na lonży dzieci nosi jakby miała na grzebiecie szklaną wazę, a nie człowieka. Natomiast trzecim koniem jest Drops, dziewięciomiesięczny kucyk rasy również NN, kolejna mieszanka wybuchowa z Akiry i kuca szetlandzkiego. To ogierek, który nie lubi nikogo, to jest coś co ma z matki, zresztą jego ojciec też nikogo nie lubi, więc się synkowi nie dziwić. Ogólnie to o nim nic więcej nie powiem, bo nie wiem co. Mała, chodząca pokraka, która jedyne co umie to chodzenie na uwiązie i podawanie kopytek, a no i grzecznie stoi przy czyszczeniu, po za tym chodzące półtora nieszczęścia, jak to mówią. To na tyle z jeździeckiej strony.
Po co powstał ten blog?
Tak naprawdę sama nie wiem, po prostu uwielbiam pisać i czytać. Pisanie i czytanie, to taki mój drugi konik, zaraz po jeździectwie. Sama nie wiem jeszcze co tu będzie się pojawiać, zależy co będziecie chcieli, czy ten blog się w ogóle rozwinie.
To na tyle, ufff, jakoś udało się przerbnąć przez pierwszy post, huura! :)))
Do zobaczenia, hej!
Stajnia OKSER ♥♥Do zobaczenia, hej!
Dziki kuc-buc Akira.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















