poniedziałek, 13 marca 2017

Jak zaczęło się moje jeździectwo?

Pod moim pierwszym wpisem, było duże zainteresowanie moją przygodą jeździecką. Dlatego dziś postanowiłam, że streszczę siedem lat swojego jeździectwa, choć będzie to nie małe wyzwanie.

Nie jestem w stanie stwierdzić kiedy to się wszystko zaczęło, sama nie wiem. Od zawsze ciągnęło mnie do tych zwierząt, zresztą nie tylko do tych, od zawsze byłam wielką miłośniczką zwierząt, ale tylko tych gospodarskich. Uwielbiałam krowy, kury, świnie, oczywiście konie, no i każde inne zwierzę. Być może to dlatego, że jestem z gospodarstwa, no w sumie to byłam z gospodarstwa, bo obecnie mamy już tylko konie. Swego czasu, czyli w sumie przez całe moje dotychczasowe życie mieliśmy gospodarstwo. Krowy, kury, świnie, konie- to były zwierzęta, z którymi obcowałam na co dzień, uwielbiałam to. Pewnie zdążyliście się domyśleć, że skoro miałam konie, to też na nich jeździłam. Nie wiem, kiedy pierwszy raz siedziałam na koniu. Mogłam mieć dwa, może trzy latka-pojęcia nie mam. Przyjęłam, że jeżdżę siedem lat, choć może to być już znacznie dłużej. No, ale przechodząc do sedna. To, że od zawsze jeżdżę nie czyni mnie zawodowcem, wręcz przeciwnie. Nie jedna osoba jeżdżąca tyle lat, obecnie startuje w zawodach, osiąga sukcesy. Natomiast ze mną jest zupełnie inaczej. Skoro miałam swoje konie, to nie jeździłam w szkółce, jeździłam sama, często pod okiem tylko mojego taty. Ile sama może nauczyć się mała 5/6-letnia dziewczynka? No właśnie, nic. 
Nie miałam dostępu do internetu, nigdy w szkółce nie byłam, nie miałam pojęcia jak jeździć. Gdy byłam dzieckiem u mojego boku był koń zimnokrwisty-Kasztanka, to na niej stawiałam pierwsze kroki na końskim grzbiecie. Teraz pamiętam ją przez mgłę, no i trochę ze zdjęć. Jest parę momentów z naszych wspólnych chwil, które utknęły mi w pamięci, które zapamiętam tak długo, jak tylko będę mogła. Był to koń, który wprowadził mnie w świat jeździectwa. Nasza przygoda zakończyła się gdy miałam, bodajże około 6/7 lat. Pamiętam jak dziś, dzień jej sprzedaży, nadal wspominam go jako najgorszy dzień w moim życiu. Płakałam, byłam zła na rodziców, gdy po powrocie z przedszkola jej nie było, miałam ochotę wszytko rzucić, mimo młodego wieku, cierpiałam. Kochałam ją, uwielbiałam, nie chciałam, by nasza przygoda kiedykolwiek się skończyła. Wtedy zostałam odcięta od końskiego świata. Od tej pory na widok każdego konia, każdego kucyka, dostawałam "białej gorączki". Przez około rok do półtorej roku, nie mieliśmy żadnego konia. Przez ten czas prosiłam rodziców, błagałam, by kupili konia. Na nic były moje błagania. W 2011 (??) tato niespodziewanie wziął w "dzierżawę" konia. Był to kasztanowy, zimnokrwisty, zaniedbany koń. Ja? Ja, byłam przeszczęśliwa. Pielęgnowałam, karmiłam tego konia, jakby był mój. Jeździłam na nim sporadycznie, tata nie miał czasu, a sama nie byłam w stanie. Parę razy jeździłam na niej sama, ale pod okiem taty, no bo jakby inaczej. To był potężny, nie za dobrze zajeżdżony koń, a ja byłam drobną dziewięcioletnią dziewczynką. Nasza przygoda zakończyła się po roku, chyba. Właściciel zabrał nam ją, a w kolejną dzierżawę dał kolejnego konia. Tym razem, młodą i piękną dwuletnią klacz. Z nią za dużo nie zdziałałam. Koń był bardzo nie ufny, bał się wszystkiego i wszystkich. Nie jeździłam na niej ja, ani nikt inny. Ona odjechała od nas po chyba pół roku, ale nie jestem pewna. Znów zostałam odcięta od końskiego świata. Znów, ta sama sytuacja. Każdy koń, każdy kucyk, był dla mnie jak tlen, którego potrzebowałam, ale nie miałam. Znów błagania, proszenia o konia, tym razem się udało, tylko, że całkiem przypadkiem i całkiem niespodziewanie. 14 grudnia 2013 roku, z informacji pobocznych tata dowiedział się, że handlarz z okolicy, a właściwie nawet jego kolega, ma na sprzedaż karego kucyka. Osobiście do tamtej pory widziałam tego kuca chyba trzy czy cztery razy, z czego dwa razy na nim jeździłam. Tata długo się nie zastanawiając zadzwonił do tego faceta, z pytaniem ile z niego chce. Z racji, że cena mu odpowiadała, długo się nie zastanawiając, powiedział, ze ma go przywieźć. No i tu chyba z wrażenia urwała mi się taśma, ponieważ nic dalej nie pamiętam, nie pamiętam jak przyjechała, a ni nic co wydarzyło się tego dnia. Tak oto zaczęła się moja przygoda z dzikim kucykiem-Akirą. Na samym początku była tak zwaną kosiarką, nie jeździłam na niej, ponieważ mój tata się bał, heh nawet nie wiem dlaczego się bał, no ale cóż. Po jakimś czasie zaczęłam na niej jeździć, pod okiem taty, ale zaczęłam. Po paru miesiącach poznałam trzy dziewczyny, które poprzednio opiekowały się Aki. One pomogły mi z Aki, pomogły mi przekonać mojego tatę, że mogę jeździć sama. Tak to się zaczęło jeździłam, później skakałam. Tak, jeździłam i skakałam nie umiejąc prawie nic, w tamtym momencie. W końcu Aki się zbuntowała. Przestało podobać się jej to, że jeżdżę na niej jak pokraka, że obijam jej kręgosłup. Wtedy właśnie pokazała jaka jest naprawdę, pokazała swoją ciemną stronę. Zaczęła się na mnie wspinać, gryźć mnie, kopać. Byłam przerażona. Odpuściłam. Na około cztery miesiące dałam spokój, nie robiła nic. Ale ja przez te cztery miesiące robiłam wszystko, by po powróceniu do pracy nie bać się jej, by poradzić sobie z jej humorkami. Przez cztery miesiące czytałam, kontaktowałam się z osobami, bardziej doświadczonymi ode mnie. Chyba się udało. Bodajże latem 2015, wróciliśmy do gry. Zaczęliśmy ostro pracować z ziemi. Lonże, prace na okręgu, ustępowania, join-up, spacery w ręku, odczulania, pomogły. Kucyk zrozumiał, że ja jestem wyżej w hierarchii. Chyba na początku 2016 zaczęłam wsiadać. Zaczęłam uczyć ją skręcania od łydki, zmieniania tempa od łydki, w ogóle reakcji na łydki. Oczywiście w między czasie zaczęłam jeździć w stajni, gdzie nauczyłam jeździć się od podstaw. Po wielu trudach i dzięki regularnej pracy, Akira w wakacje 2016 zaczęła wzorowo chodzić pod siodłem. We wakacje jeździły na niej najmniejsze dzieci, a ona zachowywała się jak aniołek. Obecnie kluska hopsa do metra, chodzi po siodłem, prawie jak szkółkowy koń, a ja cieszę się, że mimo wszytko moja jeździecka przygoda się tak potoczyła. No ale to jeszcze nie koniec. W październiku zaczęłam jeździć w stajni OKSER, niedaleko mnie. Tam zrobiłam ogromy postęp, zaczęłam skakać. Mało tego przywiązałam się do tej stajni, czuję się tam swojo, jest super. 

Zapomniałam o wielu rzeczach. Pominęłam ciążę Akiry, pominęłam to, że zaczęłam pomagać w sąsiedniej stajni, gdzie też się dużo nauczyłam, pominęłam kupno Hiloby. Jakby tego było mało najprawdopodobniej pomyliłam kompletnie roki, mój wiek, kiedy mieliśmy te ziemniaczki,kiedy skończyłam i zaczęłam jeździć znów na Aki. W każdym bądź razie cały sens został :)). 














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz